Kreatywna polszczyzna wyborcza

9 lipiec 2010

Na zakończenie wyborów prezydenckich pan sędzia Przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej odczytując komunikat o wynikach dwukrotnie wyraził się „siedem miliony” „osiem miliony” zamiast „milionów”. Cóż, można wytłumaczyć to nerwami przy wystąpieniu przed kamerą. Ale właśnie dzięki telewizji cały naród usłyszał po parę razy tę formę i jestem przekonany, że wkrótce zostanie przez większość uznana za normę, „bo w telewizorze tak mówio”. O, właśnie, właśnie! „Mówio” i „robio”. Na szczęście duża część niewinnych dziatek już przebywała na wakacjach. A z ust samego głównego kandydata wyborów prezydenckich wielokrotnie słyszeliśmy: „dziesiej” to, „dzisiej” tamto. Po pewnym czasie już nie wiadomo, która forma jest prawidłowa. Generalnie wystąpienie publiczne jest tym samym, co normalna rozmowa, a różni się tym, że mówimy do większej grupy ludzi. Tymczasem powszechna jest maniera przemawiania, co gorsza patetycznego. A patos to największa pułapka, bo zachęca do podszczypywania w nadęty balon. W ostatnich tygodniach media prześcigały się w wyłapywaniu potknięć i wpadek prezydenckich kandydatów. Tymczasem to kapitalna szansa dla zdobycia sympatii. Mylić się jest rzeczą ludzką, warto przyznać się błędu, nic tak nie dodaje uroku jak anegdota na swój temat. Podczas zebrania wyborczego w mojej regionalnej organizacji turystycznej jeden z uczestników zwrócił sensownie uwagę na potrzebę korekty w regulaminie, aby zastąpić wyrażenie „ilości głosów” na „liczbę głosów”. Ja byłem gotów się zgodzić ale większość twierdziła, że obie formy są poprawne a niektórzy chcieli nawet linczować nas językowych nadgorliwców. Sprawdziłem w słownikach i internecie: słowa „liczba” i „ilość” nie powinny być używane zamiennie, liczba bowiem dotyczy czegoś, co można policzyć, a ilość - czegoś, czego się policzyć nie da. Mamy więc konkretny wniosek z zakresu polszczyzny wyborczej: możemy mówić „ilość głosów” ale tylko wówczas, gdy głosów nie zamierzymy zliczyć prawidłowo.

Senat pozbawia mnie roboty

15 czerwiec 2010

To już prawdziwy skandal! Do tej pory to ja byłem od pisania wściekłych tekstów. A tymczasem właśnie opublikowano pełne żółci stanowisko Komisji ds. Gospodarki Narodowej w Senacie RP w sprawie promocji polskiej gospodarki za granicą. Komisja ta w końcu maja br. zapoznała się z informacjami z Ministerstwa Gospodarki oraz z ambasad RP w Wielkiej Brytanii, w Niemczech, Rosji i Francji, a także z opiniami organizacji zrzeszających przedsiębiorców. I co czytamy w ujawnionej opinii? „Komisja z niepokojem odnotowała, iż wszystkie reprezentatywne organizacje zrzeszające przedsiębiorców były w zasadzie jednomyślne w krytycznej ocenie działań podejmowanych przez agendy rządowe na rzecz promocji gospodarczej Polski za granicą. Zarzuty: brak spójnej i konsekwentnej strategii promocji polskiej gospodarki; brak silnej instytucji, która odpowiadałaby za realizację i koordynację działań wspierających interesy gospodarcze Polski za granicą, rozproszenie środków przeznaczonych na promocję między działające w sposób nieskoordynowany agendy rządowe i nieefektywne ich wydawanie”. CHWILA, MOMENT! NIECH MI SENATOROWIE NIE ZABIERAJĄ ROBOTY! Niestety senacka Komisja całkiem sensownie kontynuuje: „W rezultacie polski przedsiębiorca pozbawiony jest skutecznego wsparcia ze strony państwa (…). W Europie i na świecie ma miejsce nasilenie i wzrost profesjonalizacji działań innych krajów.” Senatorowie martwią się też o nasze nerwy: „Prezentowane podczas posiedzenia przykłady skutecznego lobbingu prowadzonego przez zagraniczne organizacje rządowe i ambasady, stanowić mogą źródło frustracji dla naszych przedsiębiorców”. ZNOWU SLUSZNIE, WIĘC CO JA MAM PISAC W MOIM FELIETONIE? Dopiero w konkluzjach dają felietoniście okazję wykazać się: „Komisja oczekuje, że Rząd wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom polskich przedsiębiorców i zintensyfikuje działania skutkujące koniecznymi zmianami w systemie promocji”. HA, HA, HA! TAK DALEKO IDĄCYCH OCZEKIWAŃ, TO JUŻ NAWET JA NIE MAM.

Sławomir Wróblewski

Demokracja przeminęła z wiatrem

13 maj 2010

Przed miesiącem gruchnęła wieść, że znana wrocławska firma eventowa zmuszona została ogłosić upadłość, gdyż nie wytrzymała z konkurencją, jaką stworzył urząd miasta. Ktoś bowiem w magistracie uznał, że należy z kiesy publicznej wesprzeć nową imprezę. Co gorsza, wyznaczono jej termin ogromnie niefortunny, bo bezpośrednio przed data imprezy robionej od lat przez firmę. I nic dziwnego, że impreza ta wsparta przez miasto przygniotła imprezę bez wsparcia. Firma została z długami za wynajętą i nie sprzedana powierzchnię. Ktoś pewnie powie: urząd przecież działał w dobrej wierze. Szkoda tylko, iż nie pomyślał, że kogoś skrzywdzi. Od kilku lat Convention Bureaus wydają publiczne pieniądze na drukowanie katalogów, a więc prowadzą działalność konkurencyjna wobec komercyjnych firm wydawniczych (sam to odczuwam, aż nazbyt dobrze). Oczywiście znów znajdą się tacy, co powiedzą: oni robią to w dobrej wierze, pomagają w promocji hotelom. Ale co powiedzą hotele, gdy magistrat zacznie prowadzić własne punkty noclegowe? Z dofinansowaniem pochodzącym między innymi z podatków od hoteli. Albo własne biuro podróży? A czy nie jest tym samym tworzenie komórek działających jako profesjonalni organizatorzy konferencji w ramach struktur instytucji publicznych? Projekty służące wyalienowanym, autonomicznym celom samych instytucji publicznych spotykamy co i rusz. Ponad 150 lat temu Alexis de Tocqueville, francuski myśliciel i polityk, zaangażowany w proces budowy demokracji nowo powstałych Stanów Zjednoczonych, napisał: „Amerykańska demokracja przetrwa do czasu, kiedy Kongres odkryje, że można przekupić społeczeństwo za publiczne pieniądze”. Sytuację, w której władza używa publicznych pieniędzy do pozyskiwania poparcia dla samego siebie (i własnych celów) de Tocqueville nazywa górnolotnie „końcem demokracji”. Oj, naiwny, poczciwy Alexis. Dziś to dopiero miałby co pisać.