Demokracja przeminęła z wiatrem

13 maj 2010

Przed miesiącem gruchnęła wieść, że znana wrocławska firma eventowa zmuszona została ogłosić upadłość, gdyż nie wytrzymała z konkurencją, jaką stworzył urząd miasta. Ktoś bowiem w magistracie uznał, że należy z kiesy publicznej wesprzeć nową imprezę. Co gorsza, wyznaczono jej termin ogromnie niefortunny, bo bezpośrednio przed data imprezy robionej od lat przez firmę. I nic dziwnego, że impreza ta wsparta przez miasto przygniotła imprezę bez wsparcia. Firma została z długami za wynajętą i nie sprzedana powierzchnię. Ktoś pewnie powie: urząd przecież działał w dobrej wierze. Szkoda tylko, iż nie pomyślał, że kogoś skrzywdzi. Od kilku lat Convention Bureaus wydają publiczne pieniądze na drukowanie katalogów, a więc prowadzą działalność konkurencyjna wobec komercyjnych firm wydawniczych (sam to odczuwam, aż nazbyt dobrze). Oczywiście znów znajdą się tacy, co powiedzą: oni robią to w dobrej wierze, pomagają w promocji hotelom. Ale co powiedzą hotele, gdy magistrat zacznie prowadzić własne punkty noclegowe? Z dofinansowaniem pochodzącym między innymi z podatków od hoteli. Albo własne biuro podróży? A czy nie jest tym samym tworzenie komórek działających jako profesjonalni organizatorzy konferencji w ramach struktur instytucji publicznych? Projekty służące wyalienowanym, autonomicznym celom samych instytucji publicznych spotykamy co i rusz. Ponad 150 lat temu Alexis de Tocqueville, francuski myśliciel i polityk, zaangażowany w proces budowy demokracji nowo powstałych Stanów Zjednoczonych, napisał: „Amerykańska demokracja przetrwa do czasu, kiedy Kongres odkryje, że można przekupić społeczeństwo za publiczne pieniądze”. Sytuację, w której władza używa publicznych pieniędzy do pozyskiwania poparcia dla samego siebie (i własnych celów) de Tocqueville nazywa górnolotnie „końcem demokracji”. Oj, naiwny, poczciwy Alexis. Dziś to dopiero miałby co pisać.

Siwe głowy na start!

15 kwiecień 2010

To był prawdziwie pechowy dzień. Jednego ranka szlag trafił dwa dyski. Dysk w mim kręgosłupie i dysk twardy dla całej sieci w biurze. Nie miejsce tu na opis szczegółów, ale uwierzcie: to był horror. Ja boleśnie zgięty w paragraf a w pracy zero roboty na niemych komputerach. Po wizycie lekarza i fachowca komputerowca głośno zadałem pytanie: co z dwojga złego było gorsze, uszkodzenie dysku w lędźwiach czy w serwerze? I tu życiowa nauczka. Moi młodzi współpracownicy zgodnie orzekli, że utracone pliki w serwerze to prawdziwa strata. A moje złamane w pół plecy to co??? Prychnęli: e, tam… A więc taka jest ponura prawda, że dla młodych chrupnięcie w kręgosłupie to dopiero przyszłość, a dla mnie bolesna rzeczywistość. Cóż, na różnicę pokoleń nie ma co się obrażać, ale brać sprawy w swoje ręce. Z tego też powodu w pełni popieram inicjatywę założenia fundacji wspierającej aktywność menedżerów w wieku emerytalnym. W gronie kilku znajomych z branży mamy pomysł powołania organizacji, która zapewni „sztafetę pokoleń”. Chcemy zapewnić gościnnych doradców – wykładowców, mentorów, dla różnych przyszłych projektów turystycznych, a także zgromadzeń, uroczystości i konferencji.

W ubiegłym roku uczestniczyłem w pożegnaniu odchodzącego na emeryturę kolegi prezesa z wielkiej firmy turystycznej. Obok inny kolega, co od roku już był na emeryturze, ze smutkiem wyrzekał „nikt o mnie nie pamięta, nigdzie mnie nie zapraszają, jedynie na takie pożegnania…”. Musimy sami zadbać o takie zaproszenia. Na spotkania wartościowe, inspirujące, burzliwe i ważne, w sprawach wymagających namysłu i wiedzy. Nie bez powodu w wielu kulturach ludzi starych otaczano szczególnym szacunkiem. Pewnej mądrości – tej życiowej mądrości - „nazywa się” z wiekiem, w wyniku porażek i potknięć, nabitych guzów i siniaków, wyciąganych wniosków. A tego młodzi nie znajdą w internecie ani nie wyczytają w książkach na uczelni.

Stadion City nie dla idiotów

9 marzec 2010

W mediach huczy o aferze ze stadionem narodowym, a konkretnie, o rezygnacją z planów wykorzystania jego otoczenia po zakończeniu EURO 2012. W piątek 26 lutego, wielki tytuł na pierwszej stronie Gazety Wyborczej krzyczał „Diabli biorą Stadion City”. Cytuję: ”Stadion City miało być unikalną częścią Pragi, a sam stadion stanowić centralny obiekt całego założenia, żyjący 24 godziny na dobę, otoczony przestrzenią publiczną i różnymi funkcjami: hala widowiskowa, wystawy, kongresy, hotele, centrum handlowe, biura”. Fakt, na funkcje kongresowe chętnie się powoływano póki trzeba było uzasadniać projekt. Michał Borowski, inicjator konkursu na Stadion City stwierdza: „- Teraz widać, że wszystko sprowadza się do wybudowania za pieniądze podatników najdroższego na świecie „studia telewizyjnego” dla UEFA, która zgarnie za wyłączne prawo do sygnału ok. 1 mld euro. My, jak te głupki, zostaniemy z gołym stadionem i rachunkami”. Nie wiem tylko, kogo ma M.Borowski na myśli. Przed rokiem, zaraz po ogłoszeniu konkursu, organizowałem konferencję na temat szans cywilizacyjnych dla prawobrzeżnej Warszawy wynikających z EURO 2012. Warsaw Destination Alliance przygotowało biznesplan budowy i utrzymania Centrum Kongresowego oraz skrzyknęło Społeczny Komitet Wsparcia. I pamiętam nasze próby rozmów z M.Borowskim, a także z szefem architektury Warszawy, a nieco później z ministrem sportu. Na nasze pytanie co z centrum kongresowym, zawsze było: później, później, teraz stadion. Czyli o funkcjach kongresowych pamięta się tylko wtedy, gdy trzeba uzasadniać projekt wydatków. Coraz bliższe jest mi hasło „No sport”, które kiedyś głosił sir Winston Churchill (preferował whisky i cygara). Mnie z tematu Stadion City interesuje tylko „City”. Zostawmy stadion innym, ale od centrum kongresowego - wara! Centrum kongresowe nie dla głupków. Jak w reklamie: „Nie dla idiotów”.